środa, 15 listopada 2023

Aqaba 2 i powrót

Noc była koszmarna, choć było już wiadomo, że spać możemy do rana, bo lot przesunięto. Nie chcąc używać klimatyzacji, w obawie przed Legionella (licho nie śpi, szczególnie w tych krajach), otworzyliśmy okno. Zabieg ten nic nie dawał, bo duchota była znaczna, poza tym przez całą noc był natrętny hałas uliczny, od piątej rano zawodził muezzin, ale najgorszym była plaga komarów. Mimo to, rano wstaliśmy pełni nadziei, że już nic złego nie zdarzy się, a że pomimo przesunięcia lotu, dostaliśmy dodatkowy czas pobytu w Aqabie, korzystaliśmy z niego spacerując po nadmorskim bulwarze i mocząc nogi w morzu.








Poszliśmy też pochodzić po sklepach. Słowem pełen luz, bo co nam zostało. Śledziliśmy status naszego lotu. Wszystko było OK, z niewielkim wyjątkiem, że będzie opóźniony15 min. Ale około południa gruchnęło: lot odwołany! Przyczyna ? Wojna w Izraelu, względy finansowe? Co robić?!  Szybka organizacja naszego przewodnika. Udało się załatwić lot awaryjny z Ammanu o 2:45 Turkish Airlines do Stambułu (przylot 5:15), a stąd o 8:00 do Warszawy (przylot 8:35 ), a następnie o 10:30 do Katowic (przylot 11:20). Na szczęście dysponowaliśmy jeszcze autobusem. Zapadła decyzja: wyjazd do Ammanu o 15:00. Zabrała się jeszcze z nami niewielka grupa Polaków, która znalazła się w podobnej jak my sytuacji. Przed wyjazdem ruszyliśmy jeszcze na miasto coś przekąsić: chicken z ziemniakami plus sałatki (ostre). Zrezygnowaliśmy z kopca ryżu, a i tak wszystkiego nie zjedliśmy (była jeszcze zupa). Za wszystko, łącznie z colą zapłaciliśmy 4,5 JOD. 

Punktualnie o 15:00 wyjechaliśmy spod hotelu w stronę Ammanu. Wkrótce po wyjeździe z Aqaby był punkt kontrolny, gdzie sprawdzano bagaże. Z naszego autobusu wyciągnięto 2 walizki, ale ostatecznie zrezygnowano z ich otwierania. Strażnik przeszedł się po autobusie, zaglądał do każdej dziury, czego szukał? Po 10 min. postoju ruszyliśmy dalej. Na całej drodze do Ammanu było jeszcze kilka posterunków, gdzie trzeba było zwalniać. Podążaliśmy dwujezdniową drogą na północ mijając mniejsze i większe górki, niewielkie osady. Czasem były też pola uprawne wśród pustyni. 


W pewnym momencie z racji remontu autostrady należało jechać wijącą się w górę serpentynową drogą objazdową. Po zakończeniu przydługiego objazdu podążaliśmy płaskim pustkowiami. Co jakiś czas były progi zwalniające. Na drodze w większości ciężarówki. Mijaliśmy swoiste myjnie samochodów: gość stał przy drodze i lał wodę na asfalt. Kto chciał umyć pojazd zatrzymywał się na poboczu i było oblewanie samochodu z pyłu. Były też stoiska z owocami, które można było zakupić. Po drodze był postój w sklepie-barze i okazja na herbatkę. W międzyczasie zrobiło się ciemno. Dojeżdżając do Ammanu zaczęło padać, błyskało.

Dojechaliśmy do znanego już nam lotniska. Aby wejść na lotnisko należało okazać paszport, prześwietlić bagaż. Potem dopiero był check-in, odprawa paszportowa i kontrola bezpieczeństwa. Było trochę czekania, bo nasz lot miał być dopiero o 2:45. Do check-in była długa kolejka, bowiem na lot oczekiwali uchodźcy-przesiedleńcy z Syrii, którzy dysponowali dużą ilością bagażu. Odprawa paszportowa i kontrola bezpieczeństwa odbyły się sprawnie. Było jeszcze trochę czasu przy gate na penetrowanie lotniskowych sklepów.

Boarding był wczesny, bo też sporo było ludzi, których trzeba było ulokować w Airbusie A-330 Turkish Airlines. 


Wylecieliśmy planowo. Lecieliśmy drogą okrężna, podobnie jak przy locie z Polski nad Egiptem. Ledwie udało się przymknąć oczy, a już wkrótce, bo ok. 4:00 serwowano bogate śniadanie z jajecznicą. Było dobre, ale pora nieodpowiednia, bo kto normalny spożywa śniadanie tuż po zaśnięciu.

Dolecieliśmy do Istanbulu przecinając Morze Marmara i podchodząc do lądowania od strony Morza Czarnego.



W Istanbule, na wielkim lotnisku trzeba było się sporo nachodzić, by osiągnąć bramkę, skąd był nasz lot do Warszawy. Mieliśmy na to ok. 2 h czasu i niewiele z tego czasu zostało. 

Z niewielkim opóźnieniem wylecieliśmy Embraierem LOT w barwach "Grześków". Na pokładzie serwowano zresztą "Grześki" oraz drożdżówkę z malinami. 

Po nieco ponad 2 h lotu lądowaliśmy w szarej, deszczowej Warszawie. Po sprawnej, automatycznej odprawie paszportowej 2 godziny oczekiwania na lot do Katowic poświęciliśmy na tym razem polskie śniadanie. Po kolejnych 40 min. lotu z turbulencjami, wylądowaliśmy w równie szarych, za to wietrznych Pyrzowicach. Udaliśmy się busem do domu.

Tak oto zakończyła się nasza wyprawa do Jordanii, krainy Haszymidów, pełna wrażeń wraz z niespodziewanym, ale szczęśliwym finałem.

Dziękujemy z towarzyszenie i śledzenie naszej relacji.

Do zobaczenia gdzieś znowu na szlaku.


Maria i Tomasz 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Aqaba 2 i powrót

Noc była koszmarna, choć było już wiadomo, że spać możemy do rana, bo lot przesunięto. Nie chcąc używać klimatyzacji, w obawie przed Legione...