Pobudka była wczesna. No, bo trzeba było zobaczyć wschód słońca na pustyni. Wdrapaliśmy się na sąsiadującą z namiotem skałę i podziwialiśmy zmieniającą się kolorystykę okolicznych gór wraz z brzaskiem. Wprawdzie ze względu na obecność chmur, wschód słońca nie był spektakularny, to jednak magia pustynnego poranku warta była spektaklu.
Przed śniadaniem poeksplorowaliśmy jeszcze okolice naszego campu stwierdzając, że na pustyni istnieje życie, i miejscami jest całkiem zielono.
Po spożyciu tradycyjnego beduińskiego śniadania wyruszyliśmy jeepami na eksplorację pustyni.
Pierwszym punktem była skała, na którą trzeba było wdrapać się po stromej wydmie. Ze skały roztaczały się widoki.
Po zejściu, u podnóża wydmy raczyliśmy się pyszną herbatą u Beduinów.
Potem podjechaliśmy do Alkazali Siq - wąskiego wąwozu kończącego się ślepo, przed którym, z racji obecnej tu wody, wyrastały że skały okazałe drzewa.
Weszliśmy do wąwozu. Momentami trzeba było przeciskać się między skałami i przekraczać kałuże.
Potem dotarliśmy do łuku skalnego, na który można było wejść wdrapując się stromo i przeciskając się przez wąską szczelinę.
Następnie odwiedziliśmy tzw. Lawrence House,
po czym powróciliśmy do obozu na lunch.
Po lunchu był czas na siestę.
Po południu wyruszyliśmy na kolejną turę szaleńczej jazdy jeepami po pustyni.
Przejeżdżaliśmy koło formacji skalnych, które przypominały rybę i statek.
Był też kolejny most.
Dotarliśmy do miejsca, gdzie z platformy skalnej roztaczały się niesamowite widoki okraszone odpowiednim oświetleniem zachodzącego słońca. Było co kontemplować.
Potem była szaleńcza jazda przez wydmy.
Zatrzymaliśmy się koło formacji skalnej przypominającej słonia
i z pobliskiej skały obserwowaliśmy zachód słońca. Podobnie jak o wschodzie, widowisko popsuły nieco chmury.
Potem było zorganizowane przez Beduinów ognisko. Okazuje się, że na pustyni bez trudu można zdobyć materiał na podpałkę. Raczono nas herbatą i daktylami. Rozległy się śpiewy - te nasze, polskie, tradycyjne, które tu na pustyni Beduinom bardzo się podobały.
Po chwili wydarzyło się coś, co na pustyni jest rzadkością, a my doznaliśmy niebywałego szczęścia - zaczął padać deszcz. Nie była to wprawdzie ulewa, ale nieco kropel oznaczyło się na piasku.
Wróciliśmy do bazy na kolację. Główną jej atrakcją było pieczone w dole pod ogniskiem. Po wyciągnięciu z dołu potrawy, Beduini dzielili ją wśród gości.
Udaliśmy się na spoczynek do namiotów. Podobnie jak poprzedniej nocy w spaniu przeszkadzały latające samoloty. Bezsenność miała też i dobrą stronę, bo po wyjściu w nocy z namiotu okazało się, że się rozchmurzyło i można było podziwiać wśród ciemności rozgwieżdżone niebo.
Podobnie, jak swego czasu w Omanie, zwróciłem uwagę, że wielki wóz miał dyszel skierowany w dół.





















































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz